Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
18 postów 44 komentarze

Bez oficera prowadzącego

Robert Wasilewski - Niedoszły dziennikarz - były pilot wycieczek. Podróżnik. Zainteresowania: polityka, ekonomia, historia i okazjonalnie sport na poziomie lokalnym. Pasjonatów podróżowania zapraszam na swoją stronę: www.liberwig.republika.pl

List otwarty do Naczelnego Debila Legislacyjnego Polski

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zwiększająca się liczba ofiar wypadków drogowych, w następstwie przyznania rowerzystom równorzędnego statusu użytkowników dróg, była do przewidzenia - dla wszystkich, poza debilami, którzy tę nowelizację przygotowali i uchwalili.

Wiem, że w kraju dzieją się ważniejsze rzeczy, ale chciałbym poruszyć temat, który zasługuje na uwagę z racji tego, że dotyka nas bezpośrednio w życiu codziennym. Dotyka nas, czyli kierowców. 
Chodzi mianowicie o tę nieszczęsną nowelizację Ustawy o ruchu drogowym, nadającą rowerzystom prawa równorządnych użytkowników naszych - pożal się Boże - dróg. 
Przepis ten stoi w sprzeczności nie tylko z elementarną logiką, ale i z innymi obowiązującymi przepisami prawa o ruchu drogowym, czego skutkiem jest to, że prawo jest niespójne, nielogiczne i narusza zasadę równego traktowania obywateli. Zanim przejdę do tego ostatniego, to wyjaśnijmy sobie sprawę podstawową. Ulice i drogi buduje się dla ruchu samochodowego, czyli (tak to w nowomowie urzędniczej nazwijmy) poważnych urządzeń transportowych, których masa, oraz osiągana prędkość - a co za tym idzie, potencjalne niebezpieczeństwo związane z poruszaniem się takimi środkami transportu - wymagają posiadania odpowiednich uprawnień, oraz spełnienia szeregu innych warunków określających dopuszczenie pojazdu i kierowcy do poruszania się po drodze. Tymczasem rower jest zabawką - zabawką napędzaną siłą ludzkich mięśni, zabawką której masy i prędkości nie da się racjonalnie porównać z poruszającymi się po drogach maszynami, dla których owe drogi i ulice były pierwotnie budowane. 
Współczesna propaganda pseudoekologizmu faworyzuje rowery kosztem samochodów, gwałcąc przy tym logikę prawa i zasady zdrowego rozsądku, które powinny obowiązywać w dziedzinie ruchu drogowego. Jeżeli usprawiedliwienie dla tegoż gwałtu na logice prawa, odbywa się tylko pod pretekstem tego, że jazda rowerem jest zdrowsza dla użytkownika i bardziej ekologiczna od jazdy samochodem, to dlaczego ustawodawca zatrzymał się na początku tej drogi, nadając status równoprawnych uczestników dróg tylko rowerzystom? Czy poruszanie się, dajmy na to, hulajnogą lub na wrotkach, nie jest równie ekologiczne i zdrowe jak jazda rowerem? A co z bieganiem? Może damy prawo biegania ulicami każdemu, kto będzie miał ochotę "podżogingować? Czyż to nie ekologicznie i nie zdrowo? 
Kiedy byłem dzieckiem uczono mnie, że ulica to jest coś niebezpiecznego. Jeszcze do dziś pamiętam, jak rodzice ostrzegali mnie, że ulica to nie jest miejsce do zabawy i nadal pamiętam rżnięcie jakie dostałem, kiedy mimo okrzyku matki "stój" wbiegłem na jezdnię za toczącą się piłką. Jestem pewien, że nie są to jedynie moje doświadczenia i każdy z nas nie raz zawdzięcza życie temu, że pamiętał podobne ostrzeżenia rodziców. Tymczasem dziś, wskutek głupoty naszych Dyzmów w sejmie, ulice stają się miejscami, na których dominującą rolę zaczynają odgrywać pojazdy quasi zabawkowe. Dzieje się to w ramach o wiele szerszego programu budowania tzw. "przyjaznego" świata. Wszystko ma być "przyjazne" - od państwa, przez domowe bambosze, aż po drogi. Przyjazne, czyli absolutnie niegroźne. I tak np. "przyjazny nóż", to nóż tak tępy, żeby nie można się było nim skaleczyć nawet piłując ostrzem po palcu. Nie szkodzi, że nic nim się nie da ukroić i będzie bezużyteczny. Będzie przyjazny. I tak samo ma być z drogami - mają być tak przyjazne, że najlepiej byłoby, gdyby nikomu pod żadnym pozorem nie mogła stać się krzywda - nawet temu, kto swoją bezmyślnością sam prosi się o kłopoty. Ideałem naszych ustawodawców, byłyby samochody budowane z gąbki i poruszające się z prędkością 2 km/h, aby nawet raczkujące po ulicy niemowlę było "bezpieczne". I jak widać w tym kierunku zmierzają, nie zwracając uwagi na logiczną niespójność prawa.
I tu dochodzimy do aspektu prawnego i kompletnego pogwałcenia zasad zdrowego rozsądku i logiki, a także równości obywateli względem tegoż prawa. 
Większość zmotoryzowanych użytkowników dróg, musi posiadać uprawnienia do poruszania się po nich - od motocykli, po 30-to tonowe TIR-y. Wyjątek stanowią pojazdy o pojemności silnika poniżej 50cm3, które można porównać do rowerów nie tylko pod względem osiągów, ale i zobowiązań prawnych kierującego. Większość użytkowników dróg, oprócz potwierdzania zdolności obsługiwania (prowadzenia) danego pojazdu, musi posiadać dokument potwierdzający znajomość reguł ruchu drogowego. Dzięki temu - niezależnie od znanej każdemu kierowcy reguły ograniczonego zaufania - możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć zachowanie innych uczestników ruchu, będące konsekwencją potwierdzonej znajomości przepisów. Tak w każdym razie byłoby, gdyby wszyscy użytkownicy dróg musieli potwierdzić swoje kompetencje, zdaniem odpowiedniego egzaminu. Poruszanie się pojazdami silnikowymi (z wyjątkiem motorowerów do 50cm3) bez posiadania dokumentu potwierdzającego nasze uprawnienia jest przestępstwem, zagrożonym określonymi w kodeksie sankcjami, ze względu na to, że  osoba prowadząca pojazd silnikowy, nie posiadająca potwierdzonych kwalifikacji, stwarza zagrożenie dla innych użytkowników dróg. Jak na tym tle wygląda prawo każdego wsiadającego na rower do poruszania się po drogach na takich samych prawach i zasadach jak inni uczestnicy ruchu, którzy takie potwierdzone kwalifikacje posiadać muszą? Czy z racji tego, że poruszają się po drogach pojazdami zabawkowymi, można ich zwolnić z obowiązku potwierdzenia znajomości przepisów ruchu? 
W rozdziale pierwszym "Prawa o ruchu drogowym", Art.4 głosi: "Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego, chyba że okoliczności wskazują na możliwość odmiennego ich zachowania". Skąd u twórcy tego absurdalnego zdania takie przekonanie, że uczestnicy ruchu MAJĄ PRAWO liczyć na przestrzeganie przepisów przez innych użytkowników dróg, jeżeli jednocześnie tworzą kategorię użytkowników wyjętych spod obowiązku zdania egzaminu z przepisów ruchu? Skąd u ustawodawcy taka pewność, jeżeli dopuszcza do jazdy po drogach pojazdy zabawkowe kierowane przez nieletnich, którzy nie posiadają zdolności do najprostszych czynności cywilno-prawnych, a zatem bez prawnego opiekuna nie mogą nawet kupić sobie na raty, np. telefonu za 200zł. A przecież odpowiedzialność uczestnika ruchu drogowego - nawet takiego na rowerze - jest znacznie większa, niż ta wynikająca z konieczności spłacania przez rok 20 zł miesięcznie. Skąd więc zmotoryzowany uczestnik ruchu ma wiedzieć, czy znajdujący się w zasięgu jego wzroku rowerzysta będzie przestrzegał przepisów np. o pierwszeństwie? Albo dowie się tego w momencie, kiedy będzie zmuszony użyć hamulców w ostatnich chwili (z lepszym lub gorszym skutkiem), albo będzie musiał z góry zakładać, że każdy rowerzysta może zajechać mu drogę w sposób nieprzepisowy, co przy wynikającej z działalności ustawodawcy, zwiększonej liczbie rowerzystów na drogach i to w dodatku wyposażonych w status "świętych krów", będzie musiało prowadzić do coraz to większego znerwicowania kierowców, którzy i tak już muszą połowę swojej koncentracji kierować na unikanie grożących uszkodzeniem auta dziur. Czy taki stan rzeczy może poprawić bezpieczeństwo na drogach?    

To dopiero początek tych rozważań, gdyż zakres odowiązków, które muszą dopełnić zmotoryzowani użytkownicy dróg, jest znacznie większy, a za ich niedopełnienie grożą bardzo surowe kary. 
Weźmy obowiązek posiadania ubezpieczenia OC. Pomijając kwestię odpowiedzialności karnej w przypadku prowadzącego do wypadku naruszenia przepisów ruchu drogowego, ubezpieczenie to pozwala pokryć straty finansowe poszkodowanego w wypadku drogowym. I teraz znów pytanie - w jaki sposób wyegzekwować  odszkodowanie od cyklisty będącego sprawcą wypadku drogowego? Ktoś może oponować - a jakie szkody może samochodowi wyrządzić rower? A może. I to spore. Na początek weźmy przykład rowerzysty, który przeciskając się w korku między stojącymi lub poruszajacymi się powoli samochodami, zahaczy nas powiedzmy kierownicą lub pedałem. Taki kontakt z karoserią zakończy się rysą lub wgnieceniem, którego naprawa może kosztować kilkaset złotych. Jak wyegzekwować to od rowerzysty? Jak go w ogóle zindentyfikować, jeżeli nie zatrzyma się i odjedzie? Przecież rowery nie mają tablic rejestracyjnych - obowiązek każdego innego zmotoryzowanego użytkownika dróg.  A przecież skala zniszczeń wywołanych przez rowerzystę może być znacznie większa. Weźmy sobie sytuację, kiedy rowerzysta łamiący przepisy ruchu, zmusza do gwałtownego manewru jakiś samochód, którego kierowca jechał prawidłowo i w wyniku tegoż gwałtownego manewru, ów kierowca doprowadza do kolizji z innym pojazdem. Gdyby czegoś takiego dopuścił się użytkownik zmotoryzowany, to oczywiste zakwalifikowanie jego winy za całe zdarzenie, skutkowałoby pokryciem szkód finansowych z jego ubezpieczenia.  I znów pytanie? W jaki sposób pociągnąć do odpowiedzialności finansowej rowerzystę? Pomijac fakt, czy uda sie go w ogóle zindentyfikować, jeżeli się oddali?  W drodze procesu z powództwa cywilnego? Powodzenia - prostsze sprawy ciągną się latami i nawet kiedy już zapadnie wyrok, zmuszenie winnego do uregulowania należności zajmuje komornikom długie miesiące, a poszkodowanemu kierowcy pieniądze na naprawę samochodu potrzebne są natychmiast. To gwarantuje ubezpieczenie OC, będącego formą dość wysokiego podatku, który musi zapłacić każdy użytkownik drogi, w trosce o zapewnienie płynności finansowej i szybkiej likwidacji szkody - każdy, oprócz rowerzystów, a przecież ich zdolność do spowodowania wypadku (poprzez złamanie zasad ruchu drogowego) jest taka sama, jak kierowców samochodów. O ile nie większa. 

I dochodzimy do sprawy nastepnej - badanie techniczne pojazdu. Musi je posiadać każdy właściciel samochodu, inaczej popełnia wykroczenie. Kierujący samochodem, jeżeli nie posiada aktualnego przeglądu, biorąc udział w wypadku drogowym (nie ze swojej winy - powiedzmy, że to inny samochód wymusił pierwszeństwo lub złamał przepisy w inny sposób) uznawany jest za współwinnego kolizji i to jego ubezpieczenie jest obciążone kosztami likwidacji szkód. Ktoś może powiedzieć, że rower, jako pojazd quasi zabawkowy, jest maszynerią znacznie mniej skomplikowaną od samochodu, więc wymaganie potwierdzenia sprawności technicznej jest grubą przesadą. Czy aby na pewno? Przecież rower składa się z ramy - która może być zardzewiała i złamać się w czasie jazdy, siodełko może mieć nieprawidłowe mocowanie, może zerwać się podobnie zardzewiały łańcuch, hamulce mogą być niesprawne, może mieć łyse gumy, itp. itd. W dodatku żaden rower nie posiada obowiazującej kierowcę samochodu sygnalizacji stop i kierunkowskazów - nie mówiąc o najprostszych nocnych światłach sygnalizacyjnych, które (działające) spotykane są  może u 25% wszystkich rowerzystów. A przecież kierowców samochodów obowiązują  jeszcze światła do jazdy dziennej, których nie włączenie karane jest mandatem i punktami karnymi. Wprowadzono przymus całodobowej jazdy na światłach, pod pretekstem zwiększenia bezpieczeństwa, z uzasadnieniem, że samochód jadący bez włączonych świateł nawet w słoneczny dzień, może być mało widoczny. To jeżeli samochód, który jest kilka razy większy razy większy od roweru, jest mało widoczny, to jak słabo widoczny musi być rowerzysta? A przecież on poruszając się po drogach na takich samych zasadch jak inni, nie musi jechać z działającymi i włączonymi światłami.  A sygnalizacja skrętu lub manewru? Kierowca samochodu, za zmianę pasa lub skręt bez wcześniejszej sygnalizacji kierunkowskazem, może zostać ukarany mandatem i punktami. Tymczasem, w jaki sposób ma sygnalizować swoje manewry na drodze rowerzysta? Machając rękami?Czy zdjęcie ręki z kierownicy - w celu zasygnalizowania skrętu - nie zmniejsza aby jego panowania nad pojazdem? Jeżeli kierującemu samochodem zabrania się, np. trzymania w ręku telefonu w czasie jazdy, gdyż według ustawodawcy ogranicza to jego zdolność do kontrolowania pojazdu, to jak ocenić podobne zachowanie rowerzysty, który musi dokonywać skrętu jedną ręką (drugą wyciągać poziomo w charakterze kierunkowskazu). Albo, by zachować pełną kontrolę nad rowerem w czasie skrętu, w ogóle nie sygnalizować manewru. Czyż nie jest to kolejny przykład bęcwalstwa naszych nieuków piszących prawo? 
Mógłbym te głupoty wyliczać jeszcze na kilku stronach, ale oszczędzę tego czytelnikom. Niech za najlepszy przykład posłuży widok, jaki ujrzałem jadąc ulicą Łodygową w Warszawie. Wąska (tylko jeden pas w każdym kierunku) wylotówka z miasta, pełna nie tylko samochodów osobowych, ale i ciężarówek wszelkiego rodzaju, ledwo mieszczących się na tym jedynym pasie. I taką oto ulicą pedałuje sobie 10 km/h lub mniej rodzinka jakiegoś miłośnika "ekologii" - 4 rowery, a raczej 2 rowery i 2 rowerki z kilkuletnimi dziećmi, które nie wiadomo, czy potrafią już dobrze chodzić, bo widać, że ich rowerki kołyszą się na wszystkie strony i dzieciom utrzymanie równowagi sprawia jeszcze spory kłopot. Pan i pani uwielbiający ekologię wybrali się na rodzinną przejażdżkę. I teraz wyobrażmy sobie ponad kilometrowy korek za takim "ekologiem", na ktorego w świetle obecnych przepisów nie można zatrąbić, bo on ma prawo jechać sobie rowerem po ulicy, podobnie jak jego dzieci, ktore kołysząc się na swoich za dużych rowerkach, tańczą od jednej lini do drugiej. Ale wolno im to robić, bo banda nieuków w sejmie, chcących przypodobać się wyznawcom pseudoekologicznych guseł i przekształcić drogi w "bezstresowe" place zabaw, tak sobie właśnie postanowiła.  
Albo inna scena - podobny typ drogi i znów jakiś "zielony" na rowerku blokujący cały pas. Obok oczywście utwardzone pobocze, absolutnie  pusty  chodnik (jaki pieszy chodzi tak długimi ulicami wzdłuż lasu) i mało tego - przy tym chodniku ścieżka rowerowa. Zniecierpliwiony kierowca, wlokący się 20 km/h za takim zawalidrogą (nie mógł wyprzedzić, gdyż był spory ruch z naprzeciwka i do tego linia ciągła) zaczął trąbić na tego hrabiego na rowerku i kilkaset metrów dalej został zatrzymany przez nieoznakowany radiowóz. Za nieuzasadnione używanie sygnału dźwiękowego. Pajac na rowerku pojechał sobie spokojnie dalej - nikt nawet nie pouczył go, że powinien poruszać się ścieżką rowerową obok ulicy - nie wspominając o ukaraniu jakimś mandatem za tamowanie ruchu.
No i sprawa czysto finansowa - drogi budowane i utrzymywane są (cha, cha ,cha...) głównie za pieniądze kierowców. Z podatku drogowego i akcyzowego zawartego w paliwie. Czy płacący coraz wyższe ceny za benzynę posiadacze samochodów, terroryzowani jeszcze coraz większą liczbą jednonogich bandytów, wymuszających haracze za złamanie absurdalnych w większości ograniczeń prędkości, muszą jeszcze być dodatkowo dyskryminowani ponoszeniem konsekwencji wprowadzenia na drogi blokujących ruch  "świętych krów" na pojazdach zabawkowych?
Zwracam się zatem do Naczelnego Bezmózga Legislacyjnego Kraju, ktory przygotował ten głupi i szkodliwy bubel, oraz innych, którzy go zatwierdzili, by wyjaśnili mi, w jaki sposób chcą pogodzić te sprzeczności, z zasadą równości z zasadą równego traktowania przez kodeks drogowy i prawo pokrewne, wszystkich użytkowników dróg? 

P.S.

Ów list wysłałem do biura Rzecznika Praw Obywatelskich z zapytaniem, czy nie widzi w tym przepisie naruszenia praw kierowców, i jawnej dysproporcji praw i obowiązków „równorzędnych użytkowników dróg” i wynikających z tego problemów. Dostałem od jakiegoś idioty (nie da się go inaczej określić) niezwykle pokrętną odpowiedź – pusty bełkot – w którym nie było odpowiedzi na żaden konkretny temat, który poruszyłem. Po prostu pseudo-ekologiczna propaganda, połączona z majaczeniami pięcioletniego dziecka, o tym, jaki to świat powinien być wspaniały, a wszyscy ludzie dobrej woli powinni się łączyć  w imię tolerancji i zgodnej współegzystencji. Jeżeli w naszym kraju prawo tworzą ludzie o takiej umysłowości, to włos się jeży na głowie.

 

Obserwując salę tych prawnych kretynizmów, wyrobiłem sobie teorię na ten temat. Ludzie, którym się wydaje, że tego typu potworki prawne – nielogiczne, stawiające na głowie zdrowy rozsądek i wprowadzające do systemu prawnego totalny chaos – wprowadzane są tylko z powodu niekompetencji i cymbalstwa ustawodawców, mylą się stanowczo. Tego typu prawne kretynizmy – nawet na niższych poziomach społecznej organizacji - mają nas po prostu oswajać z nienormalnością, umysłowo obezwładniać, byśmy stali się intelektualnie i psychicznie bezbronni wobec szarlatanerii legislacyjnej dotyczącej spraw dużo ważniejszych. Po prostu jesteśmy bezustannie tresowani w akceptowaniu zuchwałej głupoty – i taki był pewnie również cel tej nowelizacji ruchu drogowego. A nasi Dyzmowie szykują już następne …


 

 

KOMENTARZE

  • jeden błąd
    o ile się orientuję to nieletni nadal potrzebują karty rowerowej. Dopiero dowód osobisty zwalnia z nakazu posiadania tejże.
  • @autor
    Przecież nadmiar pożyczonych z UE pieniędzy można wykorzystać na budowę polskich nowoczesnych zakładów produkcyjnych i do nich ścieżki rowerowe, a nie wydawać na ścieżki rowerowe do lasu, do jeziora, na wałach i nasypach do nikąd. Czy stać nas na taką rozrzutność? Okaże się, 11 maja, czy podpisze Pan Prezydent nowe prawo budowlane. Temat był w TOK FM.
    http://info.wiadomosci.gazeta.pl/szukaj/wiadomosci/ścieżek+turystycznych
    Sejm: będzie można jeździć na rowerze po wałach przeciwpowodziowych
    Posłowie uchwalili w piątek prezydencką nowelizację Prawa wodnego, która znosi kary za jazdę rowerem po wałach przeciwpowodziowych. Ustawa ułatwi także wyznaczanie ścieżek rowerowych oraz szlaków turystycznych na wałach. Teraz nowe przepisy trafią do Senatu.
  • @fan-wolności 09:33:25
    W sądzie? A był pan kiedyś w sądzie? Wie pan ile trwa rozpatrzenie najprostszej sprawy? Pięć lat, osiem....
  • @
    Jesteście normalni? Nie wierzę, i kto tu jest ...
    Ja już kiedyś komentowałem taki art w stylu: "rowerzyści terroryści" na 3o.
    Coś wam się poplątało, zapomnieliście że chodzi o nas, stawicie Ja przed wszystko. @fan-wolności? o kurde, taki bezmyślny? To jakaś prowokacja? kto ku ...kogo terroryzuje. Ja mało kiedy normalnie mogę dojechać rowerem do pracy (bo zwykle musze samochode), za każdym razem jakis incydent, czy mogę spokojnie dojechać bez kolejnej obawy o życie?, ostatno baba zajechała mi terenówką, wymusiła, jechałem w żółtej mocno kurtce, pod słońce (ona miała za sobą) i mnie k.. nie wiiidziała ?? To co, chcecie zamknąc oczy, radyjko, full, i czysta droga, a kto przed zderzakiem ..tym gorzej dla niego. CZY WY WIDZIECIE INNYCH LUDZI czy może to są dla was zwierzęta do rozjechania?
  • @fan-wolności 15:51:05
    Mnie też normalni rowerzyści na drodze nie przeszkadzają. Większość ma na tyle instynktu samozachowawczego, że trzyma się pobocza. Może oprócz "kolarzy" jadących w grupie. Ci zazwyczaj zajmują cały pas i potrafią narobić niezłego zamieszania.

    Gorzej z cyklistami jeżdżącymi po chodnikach. Często jeżdżą ile sił w pedałach slalomem między pieszymi. Wydają się nie zdawać sobie sprawy, że gdy potrącą jakieś dziecko, to rodzic zrobi im bałagan na twarzy.
    pozdrawiam

OSTATNIE POSTY

więcej

MOJE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031